Moja pierwsza podróż kuszetką upłynęła pod znakiem smrodu. Jechały ze mną 4 stare baby, wachlujące namiętnie swoje niedomyte krocza prosto w kierunku mojej pryczy. Paskudny zapach szedł do góry i gromadził się pod rozgrzanym od majowego słońca sufitem wagonu. Ale wcale nie było tak źle – mogły przecież dodatkowo żreć kanapki z siarczystym jajem lub kiełbasą wiejską, ale nie żarły. Zamiast tego sumiennie odmierzały sobie słone przekąski i chichrały się przeuroczo. Przypomniały mi w ten sposób pewną scenę z pewnego filmu – od razu wywiązała się między nami cienka i niema nić porozumienia. Wiedziałem, że zostanę zrozumiany, gdy zacznę nieświadomie puszczać bąki przez nadchodzący powoli sen. Odetchnąłem z ulgą.
6 osób zamkniętych przez kilkanaście godzin na przestrzeni 5 metrów kwadratowych to wcale nie najgorszy standard. Są kraje, gdzie obywatele podróżują w dużo gorszych i mniej bezpiecznych warunkach niż nasze zwierzęta hodowlane. Na Discovery Cośtam pełno jest programów podróżniczych, pokazujących kiście ludzkich winogron wyrastające wokół drzwi wagonów. Gdyby nasze spółki kolejowe chociaż trochę pomyślały, mogłoby te obrazki wykorzystać w celach marketingowych, dodając do nich podpis “PKP – zawsze mogło być gorzej” i cieszyć się wyprodukowaniem pierwszego mema w swojej historii, dzięki któremu być może wreszcie na moment zwrócilibyśmy oczy we właściwą stronę. Najpierw wystarczyłoby przestać liczyć ile brakuje nam do zachodu. Następnie należałoby zacząć się nieco wstydzić, czyim kosztem osiągamy dzisiejszy pseudo-dobrobyt i w imię czego przyczyniamy się do infekowania całego globu naszym pożyczonym wzrostem gospodarczym?
Ale miało być o czymś bardziej przyziemnym. Od mojej przedostatniej podróży pociągiem męczyło mnie pytanie do czego służą elegancko obszyte prostokątne otwory w zasłonkach, wiszących przy szybie oddzielającej przedział od korytarza? W momencie gdy je dostrzegłem gotów byłem uwierzyć, że do podawania konduktorowi biletów tak, aby nie zorientował się, że cały przedział jest koncertowo ućpany. Trzeba było jednak czekać kilka miesięcy na rozwikłanie zagadki, aż do inhalacji babcynym smrodem, podczas której objawiło mi się, że w dziury te wchodzą bolce, na których opierają się prycze. Dzięki temu podróżny może zasłonić zasłonkę i spać bez groźby, że ktoś patrzy na niego spoza przedziału. Dodatkowo zapalone w korytarzu lampy nie świecą mu w oczy.
…a dlaczego zasłony z dziurami na kuszetki wieszane są także w zwykłych wagonach drugiej klasy? Hmm.
Bebechy bywają ciekawe i na swój sposób estetyczne. Potwierdzi to każdy świadek świniobicia, lub sekcji zwłok. Z bebechów można wyciągnąć interesujące wnioski. Dowodem są bebechy szaf i szuflad z podwójnym dnem. Jednak dużo ciekawiej robi się gdy zaglądnie się do bebechów elektronicznych. Właścicielka komputera, za pośrednictwem którego wklepuję ten tekst wyszła do sklepu gdy jeszcze spałem (na stole leży kartka z wyjaśnieniami). To doskonała okazja, aby zainstalować jej prosty programik, który niebawem zczyta i prześle w odpowiednie miejsce wszystkie jej loginy i hasła oraz każdą wklepaną literkę, chociaż wygląda na to, że nie będzie on potrzebny – google loguje się automatycznie. Warto było się poświęcić, postawić parę drinków, udawać zainteresowanie, wyjawić rzekomo od dawna skrywane uczucia, aby dostać się przecież nie do jej łóżka (chociaż pieprzenie było nie najgorsze), tylko do tych pilnie strzeżonych, tajemnych wnętrzności, które z kolei prowadzą do właściwego obiektu zainteresowań.
Obudziłem się, szczęśliwy, że się obudziłem i nieszczęśliwy, że nie śnię. Wziąłem aparat leżący przy łóżku, wycelowałem z łokcia w twarz i strzeliłem. Pocisk od tamtego momentu cały czas leci i nie prędko osiągnie cel, jeśli go w ogóle osiągnie, bo przecież tyle rzeczy mogło pójść nie po myśli. Ale po kolei. Najpierw wywołam film, potem wykąpię papier, a przecież to wszystko musi potrwać. Przy czerwonej lampce i w zapachu chemikaliów, bo to nie prąd płynący przez półprzewodniki z Kaliforni prosto na ekran LCD, a ślad na papierze układający się w kształt bardzo głupiej miny, wyrażającej coś pomiędzy zadowoleniem spuszczającej się małpy człekokształtnej, a uśmiechem naszego papieża z popularnego portretu.
Jeśli świata nie widzimy, to świat znika. Skoro nasz kąt widzenia wynosi 180 stopni, to istnieje zawsze tylko pół świata. Ta połówka wiruje razem z nami gdy wsiadamy na karuzelę. Tak jest fajnie i chcę, żeby tak zostało, więc walczę z pokusą, żeby nie kłaść się na łóżku, bo wtedy mamy dowód niezaprzeczalny, że byt tego, powiedzmy, “tyłu” nie zależy od naszego nań patrzenia.
W końcu przegrywam i kładę się. Rzeczywiście coś pode mną jest, mimo że gapię się w sufit. Jednak już kilka minut później potwierdza się moja teoria o połowiczności świata – zamykam oczy, powoli znikają wszelkie powidoki, pustka zza moich pleców zaczyna mnie zasysać i czuję że coraz szybciej spadam. To nie będzie miało końca – takie przeświadczenie wypełnia mnie przez jakiś nieokreślony czas, jednak za każdym razem okazuje się, że w końcu napotykam dno, a jest ono wyznaczane przez pewien irytujący dźwięk wydawany przez moją komórkę każdego ranka. Tak, nawet najgłębsza pizda ma swój kres. Jak przepastna i szeroka by nie była, to kutas jakiś tam opór napotka, choć i to nie do końca działa, jeśli by się bliżej przyjrzeć konsekwencjom penetracji. Opór bowiem wyzwala nową potrzebę oporu przełamywania, dodajmy w dość przyjemny dla stref erogennych sposób. Kutas w wyniku tego starcia stwarza nowego kutasa i tak w kółko, trochę jak z matrioszką. Baba w babie, człowiek w człowieku, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, tylko trzeba by chwycić tak z tysiąc lat i zgnieść je do jednej sekundy, a objawi się ten trudny do wytępienia fraktal. Drzewo życia – biblia na amerykańskich przedmieściach i dinozaury.
Pewne słowa po angielsku brzmią lepiej niż po Polsku, i nie będziemy się tutaj z tym kryć. Stąd taki, a nie inny tytuł tego tekstu, wyrażający samoocenę, której dokonałem rano, zaraz po zakończeniu spadania. Otchłań wcale nie jest taka pusta i zachodzą w niej czasami bardzo kompromitujące zdarzenia, które przez pięć minut wywołują tę minę wartą sfotografowania, a przez następne pięć godzin coś jeszcze gorszego i nie byłoby zupełnie o czym gadać, gdyby otchłań ta nie miała żadnych proroczych związków z połową świata, które mącą człowiekowi spokojną, wygodną egzystencję, rozbudzając podejrzenia, do których nawet tutaj nie wypada się przyznawać.
Ktoś mnie mija zostawiając za sobą ledwo wyczuwalny zapach perfum. Chyba wiem kto to, ale idę dalej, nie oglądając się. Podobnie nie zmieniam miejsca w tramwaju, żeby zobaczyć zasłoniętą jasnymi włosami twarz, nawet jeśli brązowy płaszcz ma przetarcia w znajomych miejscach. Wystarcza mi to coś smacznego, wydzielającego się w mózgu pod wpływem podobnych ułamków. Konsumuję je, zwykle przez kilka sekund, następnie przechodzę w stan stand by i niezauważalnie czekam na kolejny odcisk buta, głos w tłumie, znajomy podpis w sieci, ale chyba nie przypadkowe spotkanie twarzą w twarz, choć i tu są pewne wyjątki, obywające się bez głupawych zdań i lekkiego zażenowania. Mimo-wszystko, może-jednak, lepiej-będzie-jeśli (i tak dalej) regułą pozostanie coś ulotnego, ale posiadającego siłę, której reality tv jest chwilowo pozbawiona. Pozdro szejset!
Czy jest coś przyjemniejszego niż igranie z własnym instynktem samozachowawczym?
Czasami wydaje mi się, że jestem gołębiem. Ktoś w gorącej wodzie kąpany powiedziałby, że nie ma żadnego podobieństwa pomiędzy, bliskim mi od dzieciństwa, zostawiam wszystko na ostatnią chwilę, a tym szarym miejskim ptakiem. Nic bardziej mylnego. Któż jak nie gołąb czeka do ostatniego momentu nawet z najważniejszymi sprawami. Z być albo nie być? Tylko gołębie odlatują sprzed jadącego samochodu długo po tym jak już znikną prowadzącemu pojazd z pola widzenia i na moment przed tym jak koła, rozjeżdżając ich kruche i leciutkie ciało, wydadzą charakterystyczny chrupot. Podobnie i ja do lotu podrywam się nie wcześniej niż kierowca zmarszczy brwi i skrzywi się w oczekiwaniu na mini maskarę. Nawet jeśli na jezdni nie ma widoków na jakieś pożywienie, nie leżą żadne okruchy z obwarzanków i nie ma za bardzo szans, by samochód skręcił – nie miga bowiem kierunkowskaz, ani w pobliżu nie ma żadnych przecznic – to ja wolę wykonywać prozaiczne czynności, takie jak tępe gapienie się w asfalt, łażenie w losowo wybranych kierunkach i gruchanie bez ładu i składu aż do momentu, w którym wizja mojego końca się urealni.
Gołąb to ciekawe zwierze. Symbioza z człowiekiem nauczyła go pewnej przebiegłości. Nie jest on jak głupie sarny, które płoszą się już na widok ludzkiej sylwetki. Gołąb od swych przodków dowiedział się, że większość ludzi, to stosunkowo niegroźne istoty, które można wykorzystywać. Nie wiedzieć czemu czerpią one bowiem radość z bliskości z innymi gatunkami i nagradzają je za nią okruchami z obwarzanków. Szczególnie hojne są dzieci oraz osoby skrajnie samotne z racji starości lub lekkiej choroby psychicznej. Opuszczone lub odtrącone przez ludzi, co rano wychodzą na spacer z zeschniętymi kromkami, by przez chwilę zaznać jakiegokolwiek towarzystwa i spowodować czyjąś radość.
W stanie lekkiego podekscytowania spowodowanego wypiciem kawy wychodzę do parku. Odtwarzam scenariusz pewnego powracającego snu. Zawsze z tą samą muzyką na uszach odmierzam tę samą ilość kroków do tej samej ławki. Czegoś sobie dodaję za pomocą okularów słonecznych i wmawiam, że bluza i spodnie, które mam na sobie to uniform, bo w szafie leży 5 takich samych i nic poza tym. Wszystko inne wyrzuciłem do kontenera na używaną odzież, gdyż doszedłem do wniosku, że mój dzisiejszy strój jest w 100% uniwersalny i dobry na wszelkie okazje. Szczególnie że okazji innych niż ten spacer po prostu nie ma.
Żeby czar zadziałał wszystko musi być takie samo jak wtedy. W najdrobniejszym szczególe. Nie działa, więc coś jest nie tak. Nie wiem, urosły mi włosy o ułamek milimetra, paznokcie obciąłem, czy uprałem strój i tym samym wszystko zaprzepaściłem? Docieram powoli do ławki, siadam. Znów nic się nie dzieje.
I’m giving you a night call to tell you how I feel I want to drive you through the night, down the hills I’m gonna tell you something you don’t want to hear I’m gonna show you where it’s dark, but have no fear
————-
Przystanek o poranku. Stoi kilka młodych kobiet. Twarze mają pozbawione mimiki, aby nie stać się zbyt szybko jak te kilka starszych kobiet obok. Wzrok też mają pozbawiony. Młodych mężczyzn na przystanku prawie nie ma, gdyż właśnie siedzą w swoich rumakach, wypuszczając spod nosa przekleństwa i warcząc jak drapieżne zwierzęta. Mogą być dzicy, bo są odgrodzeni od siebie dwoma warstwami karoserii. Ty kurwo jebana jak jeździsz – wyczytuję z ruchu warg. Co? No co, ty jebana kiełbaso podwawelska!
Razi mnie światło. Jak się tutaj znalazłem? Chyba w ciągu dwudziestu ośmiu okrążeń mojej planety wokół najbliższej gwiazdy przyszedłem. Wzdłuż całej tej drogi wydawało mi się że jestem jabłkiem na drzewie i rosnę, ale teraz coś się odwróciło. Trochę mnie dziś zabolało podczas porannej defekacji, potem jak wstawałem z sedesu, to strzeliły mi kolana. Okręciłem wodę, umyłem ręce. Zauważyłem, że skóra na nich jest nieco pomarszczona. Myjąc zęby przyglądałem się mocno już spiłowanym szyjkom. Szczególnie jest to widoczne w dolnych czwórkach. Mają już całkiem spore wgłębienia.
Zacząłem zastanawiać się kiedy będę miał okazję przyswoić sobie kilka nowych słówek z protetycznego żargonu. Mostki, koronki - teraz tylko chuj wie, co to takiego. 5% polaków w wieku 35-45 lat ma wszystkie swoje zęby. Wątpię, że jak dorosnę, to będę należał do tej szczęśliwej mniejszości, zasilanej zapewne także przez wszystkich szczerbatych mieszkańców głębokiej prowincji, którzy wizytą u dentysty w swoim błogim życiu, spędzanym w cieniu czarnoleskiej lipy, się nie splamili i jak coś bolało to po prostu wyrywali domowymi metodami. Nie zaznali leczenia kanałowego, nie poczuli w podniebieniu igły, przez którą wprowadzana jest substancja znieczulająca.
W tej sielance prawdopodobnie nie mieli do czynienia także z wieloma innymi “dobrodziejstwami” miejskiego życia, jak np. siłownie, na które uczęszcza większość moich kumpli, w celu budowania masy mięśniowej. Zdziwiłby się prosty człowiek; ja zapierdalam w polu, żeby jeść, oni jedzą żeby zapierdalać. I jeszcze słono za tę katorgę płacą – masochiści.
Zachęcali mnie wiele razy – idź, popracujesz przynajmniej nad tym bicem. Widzę, że to by ci się szczególnie przydało. Najpierw zrobisz masę – będziesz musiał wpierdalać dużo białka, bo z pustego i Salomon nie naleje. No i węgle w okolicach treningów. Możesz się trochę na początku otłuścić, ale to będzie chwilowe. Za jakiś czas mięśnie zaczną być widoczne spod coraz cieńszej skory. Jak przejdziesz taki podstawowy cykl, to wreszcie będziesz mógł się wybrać z nami na plażę, nie spinając się, że na tle naszych dowalonych klat twoja wygląda jak pizda z rzeżuchą. Co prawda potem będziesz musiał trochę więcej żreć – mięśnie, które zdobędziesz potrzebowały będą przecież jakiegoś paliwa. Fakt, wydasz więcej na jedzenie, ale… always look on the bright side of life. Dzięki tobie gospodarka będzie się rozwijać. Znów osiągniemy wzrost. Wyprodukujemy chińskimi rękoma jeszcze więcej szajsu i dzięki temu będziemy mogli spędzać życie w pracy na niby, zastanawiając się jak to wszystko sprzedać, bo chociaż nasza żądza posiadania jest niepohamowana to i tak nigdy nie doścignie zdolności produkcyjnych azjatyckich fabryk.
To wszystko ma głębszy sens – nasze dzieci nie będą musiały latać na all-inclusive do Egiptu, bo tropiki będziemy miały nad Wisłą. Większa gospodarka, więcej Co2, rozkoszne podsmażanie skórki nad polskim morzem. Że rak skóry? Eeeee, wróćmy do tej diety. Naprawdę obchodzi cię to, że coraz większa część powierzchni Ziemi przeznaczana będzie pod uprawy genetycznie modyfikowanych roślin, potrzebnych do wyżywienia krów i świń, których pochłaniania będą wymagały twoje pięknie bezużyteczne mięśnie? Człowieku, co ty bredzisz? Mięśnie nie są ci potrzebne, bo nie pracujesz fizycznie? Nic nie rozumiesz.
Ostatnio wiele rzeczy przerasta moje zdolności poznawcze. Do tego dziś jest dzień, w którym spadłem z drzewa na długą powolną i zapewne bolesną drogę w stronę prochu, więc wznoszę toast robiąc zakupy i przyglądając się suszonym owocom. Potem idę coś zjeść. Czekając na posiłek próbuję zaczepić kogoś wzrokiem. Bezskutecznie, bo nikogo tu nie ma. Każdy chowa się za za swoim ekranem z literą “i” w nazwie.
Kończę bezglutenowy posiłek. Za chuja nie wiem, co to jest gluten, ale jestem przekonany, że to coś bardzo złego, czym nafaszerowane są kanapki w McDonald’s. Ostatnio jem zdrowo, wyrażając w ten sposób swoje przekonania, poglądy. Wg jednego z nich należy zmienić dietę, kiedy sra się po każdym posiłku dalej niż widzi. Tak właśnie się działo kiedy jakiś czas temu namiętnie stołowałem się u clowna. Teraz przyswajam produkty tylko takie, których reklam nie rozumiem. Np. płatki śniadaniowe wzbogacone kwasami omega trzy. Nie wiem co to, ale musi być skurwysyńsko zdrowe. Podobnie sprawa ma się, z czymś czego nawet nie potrafię odmienić w ojczystym języku. Z “siemieniem lnianym” czy z “siemiem lnianym”. Moja nowa filozofia żywieniowa zdecydowanie się sprawdza. Unormował mi się stolec i w ogóle koniec, bomba. Kto czytał ten trąba.
Ktoś lub coś najwyraźniej nade mną czuwa. Może to dzięki mojej matce chrzestnej, która co rano modli się za me nawrócenie? Produkowałem się długo, czując że tym razem pałę przeginam i jak wyślę, to dojebię zupełnie. Ktoś ciężko ucierpi, potem przeprowadzi krwawą zemstę, po której nic mi już nie zostanie do zbierania. Ja oczywiście nie będę dłużny. Skończy się wszystko, nie będzie niczego. Trzeba będzie poszukać sobie nowego miejsca w świecie, a niestety świat bywa obrzydliwie mały (z tego miejsca pozdrawiam nową politykę prywatności Google). Na każdym kroku czai się ktoś znajomy, kto wytknie palcem i nie pozwoli rozpłynąć się w tłumie. Piekło to inni.
Ale stał się cud. Już miałem nacisnąć guzik. Pociski były w gotowości, a tu zwyczajnie ręka się omsknęła. Wszystko, dzięki Bogu, poszło się namiętnie jebać. Także wiesz – może za jakiś czas, może następnym razem. Zdrowie.
WordPress nakreśla przede mną kolejny cel – piętnaście wpisów. Dobrze mieć takiego Wujka Sam’a, który podpowie jak osiągnąć sukces.
Co kryje się za tą piętnastką? Chwilowo n i e u m i e m powiedzieć, ale nie będę tego roztrząsał. Ziewnę sobie i zwyczajnie przejdę nad moją niemocą do porządku dziennego. Być może nikt nie zauważy, że jest jak jest. Pomilczę chwilę… Nie, nie zrobię spososobu-na-pisanie z marnych, autoironicznych zabiegów. Pójdę inną drogą, gdyż nie zamierzam powtarzać w kółko tego samego w zblazowanej pozie. I nie ulegnę pokusie poruszania powyższego tematu, bo należałoby wreszcie spuścić nad nim zasłonę milczenia. Więcej nie brać go na tapetę, gdyż jest on czymś nawet nieco obleśnym. Tak między Bogiem a prawdą – po ludzku – znalazłyby się ważniejsze i ciekawsze kwestie do omówienia. Bardziej na czasie, że tak powiem. Coś z prawdziwego życia, które zawsze jest gdzie indziej. Coś bliżej nas. Coś co dotyka sedna, nie zaś jedynie wypełnia czas i sprawia, że sekundy upływają mniej boleśnie oraz bardziej bezwiednie. Coś o czym warto powiedzieć, nie zaś plątać się w czczej gadaninie, która prowadzi prosto do autotrofizmu. Posiłek z własnego ogona, onanizm, hinduiuzm. Co to kogo obchodzi? Trzeba mówić o tym, o czym się dziś nie mówi w ogóle. A nie mówi się wiadomo o czym, no nie?
Są rzeczy, których nie ma. W przestrzeniach zbyt zwiniętych sekundy nie chcą przeskoczyć na następną. Tu i teraz jest tam i kiedyś, daleko. Właśnie zaglądasz gdzieś, gdzie byłem, ale nie całkiem. W jakimś sensie przebywałem, jeśli ów sens miał miejsce w punkcie zdefiniowanym przez nieruchomy wzrok, dostarczający wrażeń, które nie są już c a ł ą twoją rzeczywistością, a jedynie obrazem, dającym się łatwo chwycić w dłoń i zmiąć w kulkę, ale nie siłą mięśni – one bowiem leżą nieruchomo – a jaźni. Wzrok, słuch, węch oraz dotyk, mimo że nadal produkują pewną całość, to przestają wciągać w głębię. Przebywam w 2D. Przestrzeń jest tu sztuczką, zastosowaną przez kogoś zręcznie posługującego się perspektywą. Pyknoleptycznych trików znalazłoby się więcej, niestety czas już powoli opuszczać to miejsce w kierunku innego stanu, w matematyczny sposób dopełniającego odbywaną właśnie przerwę.